Jesteś zbyt... miły? To niedobrze!

grupa uśmiechniętych postaci

Od dziecka słyszymy, że powinniśmy być zawsze mili i lubiani. Jednak, jeśli staramy się być tacy za wszelką cenę, często pojawia się frustracja i poczucie bycia wykorzystanym. Wpadamy w pułapkę bycia zbyt miłym. Jak można budować dobre relacje z innymi i jednocześnie zadbać o samego siebie?

Na czym polega syndrom bycia zbyt miłym?

Jak wynika z książki „The Top Five Regrets of the Dying” (Pięć rzeczy, jakich żałują umierający) autorstwa pielęgniarki paliatywnej Bronnie Ware, żałują oni zwykle, „że nie mieli odwagi przeżyć życia po swojemu, a żyli tak, by spełniać oczekiwania innych”, „że nie spędzali więcej czasu z rodziną, za dużo siedzieli w pracy” oraz „że nie mieli odwagi wyrażać swoich uczuć i tłumili je przed światem, aby przypodobać się innym („Mylnie mili. Jak wyleczyć siebie samego”, Katarzyna Growiec, Poradnik Psychologiczny Polityki, tom 20, „Psychoterapia dla kogo, u kogo?” str. 114)

Innymi słowy – ludzie ci żałują, że nie byli asertywni. Przy czym nie chodzi tylko o odmawianie niechcianym prośbom, ale także o stawianie (i bronienie) swoich granic, domaganie się w relacjach szacunku, partnerstwa i wzajemności, o umiejętność otwartego mówienia o swoich uczuciach, potrzebach i oczekiwaniach. Zdarza się także, że osoba „zbyt miła” nie potrafi nawet asertywnie przyjąć komplementu i zamiast z radością podziękować, deprecjonuje sama siebie, czym skutecznie zniechęca otoczenie do chwalenia i doceniania jej.

Bywa, że tacy ludzie nie umieją nawet zaprezentować swoich kwalifikacji czy sukcesów, gdyż boją się, że inni poczują się przez to źle. Pracując z klientami w ramach coachingu kariery miałam wiele razy do czynienia z osobami, które nie potrafiły podczas rozmów kwalifikacyjnych czy ewaluacyjnych prezentować swoich osiągnięć i mocnych stron. Są bowiem przekonani, że mówiąc o tym będą „wywyższającymi się samochwałami” i zostaną źle odebrani przez rekruterów czy szefów. Niestety takie podejście zwykle obraca się przeciwko nim, gdyż wypadają blado w porównaniu do pracowników umiejących pozytywnie się pokazać…

🔖Pobierz bezpłatnie i przeczytaj: Kompendium empatycznej komunikacji. Empatyczne relacje z pacjentami w oparciu o NVC.


Każda cecha w nadmiarze przestaje być zaletą i zaczyna generować problemy. Tak jest np. z ambicją, która do pewnego pułapu jest niezmiernie pomocna, gdyż motywuje do większego wysiłku i chęci rozwoju. Natomiast przerost ambicji powoduje negatywne konsekwencje np. dążenie do celu „po trupach”, perfekcjonizm czy nieumiejętność cieszenia się z sukcesów.

Analogicznie jest z byciem „zbyt miłym”. Bycie miłym jest bez wątpienia bardzo pozytywną postawą. Osoby miłe są zwykle bardziej lubiane, wzbudzają sympatię, życzliwość i chęć utrzymywania z nimi relacji. Zachowując się w sposób przyjazny i otwarty, możemy często uzyskać więcej niż przyjmując inne strategie (np. wejście w konfrontację). Jednak zdarza się, że ktoś jest „zbyt miły” i ma przez to problemy…

Brytyjska psycholog Jacqui Marson temu syndromowi poświęciła książkę „Bycie miłym to przekleństwo”. Jak wyjaśnia Marson: „Miłymi kieruje bowiem strach przed tym, że inni przestaną ich lubić, jeśli nie będą się na wszystko zgadzać, pomagać o każdej porze dnia i nocy oraz przypomną sobie o własnych potrzebach” .

 


Chcesz być na bieżąco z informacjami o nowych materiałach i szkoleniach? 

Zapisz się na newsletter ZnanyLekarz


Skąd bierze się syndrom bycia miłym?

„Zbyt mili” swoje potrzeby i cele ustawiają na samym końcu, przez co rzadko kiedy je osiągają. Są z jednej strony przekonani, że inni są od nich ważniejsi, zaś z drugiej – że sami nie zasługują na wzajemność w relacjach. Taka postawa może wynikać z różnych przyczyn. Najczęściej z niskiego poczucia własnej wartości, kompleksów oraz przekonania, że są mało „atrakcyjni społecznie”, więc nikt nie będzie chciał z nimi utrzymywać relacji na równych prawach. Wierzą, że aby zyskać akceptację i przynależność, muszą się poświęcać i spełniać oczekiwania innych. Jeśli ktoś od dziecka był krytykowany i otrzymywał w najlepszym razie jedynie miłość warunkową (tzn. „kocham cię tylko gdy spełniasz moje oczekiwania i robisz, czego ja chcę”), będzie szczególnie podatny na lęk przed odrzuceniem, krytyką oraz na niską samoocenę. Podobnie może być, gdy w dzieciństwie był często stosowany szantaż emocjonalny oraz wzbudzanie ciągłego poczucia winy lub niespełniania pokładanych w dziecku ambicji – zwykle nie możliwych do spełnienia.

Ponadto w niektórych rodzinach dzieci (zwłaszcza dziewczynki) są niejako wychowywane do bycia miłym i nastawiania się na nieustanne spełnianie oczekiwań innych – także swoim kosztem. Jak wyjaśnia Katarzyna Growiec w "Poradniku Psychologicznym Polityki": „Sprzyja temu sytuacja, gdy jest w nich ktoś uzależniony, depresyjny lub bardzo wymagający, najczęściej rodzic.” W takiej rodzinie dziecko uczy się, że musi być bardzo wyczulone nawet na najdrobniejsze sygnały z otoczenia, aby wiedziało, kiedy powinno zejść z drogi, kiedy się przymilać lub wysłuchiwać narzekań, a kiedy starać się rozładować gniew (np. starając się rozbawić rodzica). Dziecko uczy się też wtedy, że problemy innych (np. ojca alkoholika czy bitej matki) są ważniejsze niż jego i że nie powinno „zawracać innym głowy”, sprawiać problemów ani tym bardziej oczekiwać zaspokojenia jego potrzeb. Bywa, że takie dziecko nieświadomie wchodzi w jedną z ról typowych w rodzinach dysfunkcyjnych zwłaszcza „bohatera” lub „wyrzutka – kozła ofiarnego” lub „maskotki” lub wspomagacza - czyli „dziecko rodzic” opiekujące się innymi (M. Komorowska „Funkcjonowanie dzieci z rodzin alkoholowych”, Remedium, Nr 4/ 2008 r.).

Błędem jest także wmawianie dzieciom, że nie wolno im odczuwać ani tym bardziej wyrażać „brzydkich” emocji takich jak: gniew, złość, rozgoryczenie, żale wobec innych, bo „grzeczne dzieci” tak się nie zachowują / nie czują… Ponieważ „złe” emocje są tak samo częścią naszego życia jak „dobre”, więc takie dziecko uczy się od najmłodszych lat, że musi wypierać „brzydkie” odczucia, bo inaczej będzie złym człowiekiem. To prowadzi do odcięcia się od własnych emocji albo nadawania im nieprawdziwych „etykiet” np. gdy ktoś odczuwa rozgoryczenie, ale mówi sobie, że to smutek albo gdy złość na kogoś nazywa zdenerwowaniem. Takie wyparcie emocji może też prowadzić do biernej agresji albo autoagresji. Podczas prowadzenia coachingu wiele razy spotykałam się z sytuacją, gdy klient nie potrafił prawidłowo nazwać swoich emocji/ uczuć, wypierał je albo wstydził się, że ich doświadcza i czuł się przez to gorszy od innych oraz niezasługujący na dobre rzeczy. Włączał swoistą „autocenzurę”. Przy takiej postawie człowiekowi jest bardzo trudno określić swoje własne cele, wartości, potrzeby oraz budować partnerskie relacje w życiu osobistym i zawodowym. Jeszcze trudniej jest wyzwolić się z ciągłego lęku przed odrzuceniem oraz nauczyć się być asertywnym oraz pewnym swojej wartości.

Do czego może prowadzić bycie „zbyt miłym”?

W pracy zawodowej „zbyt mili” pracownicy często wypadają poniżej swoich kwalifikacji, gdyż nie potrafią się promować, mogą omijać ich awanse i podwyżki. Wielu moich klientów coachingowych opowiadało, że czuli się niedoceniani, niesprawiedliwe traktowani i sfrustrowani, ale nie potrafili „walczyć o swoje”, gdyż panicznie bali się, że przestaną być wtedy lubiani…
Spotykałam się także z sytuacjami, gdy osoby „zbyt miłe” za bardzo starały się dopasować do oczekiwań rekrutera oraz chciały być za wszelką cenę postrzegane jako „nie sprawiające problemów i ugodowe”. W efekcie zbyt łatwo rezygnowały z ważnych dla siebie kwestii (np. szybko schodziły w dół z oczekiwanego wynagrodzenia). Jeśli trafiły na rekrutera, który „testuje granice” i naciska póki kandydat nie dojdzie do ściany, to bywało, że godziły się na warunki poniżej tego, co mogłyby realnie uzyskać. Najgorzej, gdy rozpoczynały pracę u nowego pracodawcy już z poczuciem wykorzystania.

Na osoby zbyt miłe i nieasertywne – zwłaszcza, gdy jednocześnie są kompetentne, sumienne i odpowiedzialne, zwykle jest zwalana dodatkowa praca i obowiązki, ale nie idzie za tym większe wynagrodzenie czy awans. To one dostają przysłowiowe „dyżury w Wigilię”, zadania, którymi inni nie chcą się zająć, dla dobra projektu i zespołu siedzą po godzinach, rezygnują z urlopu, przychodzą chore do pracy… Nie potrafią odmówić, bo inni będą zawiedzeni, okażą swoje niezadowolenie, będą robić wymówki.

Podczas prowadzonych przeze mnie szkoleń z umiejętności psychospołecznych (np. komunikacji z pacjentem, asertywności) wiele razy słyszałam od lekarzy, że nie potrafią odmówić przyjęcia dodatkowych pacjentów, nawet gdy już dawno powinni skończyć pracę, a problem, z jakim przyszedł pacjent, nie wymaga udzielenia mu natychmiastowej pomocy. W efekcie tacy lekarze są chronicznie zmęczeni, przepracowani, często pojawia się pracoholizm, wypalenie zawodowe, konflikty w ich rodzinie. Najbardziej przeraziły mnie wyznania niektórych lekarzy, że boją się wyjść do toalety, bo spotyka się to z pomrukami niezadowolenia ze strony pacjentów! To już skrajny przykład, jaką pułapką jest chęć bycia zawsze miłym, pomagającym i stawiającym potrzeby innych wyżej niż swoje…

Jak pisze Anna Dobrowolska: „Przekonanie, że inni będą nas cenili tylko wtedy, gdy będziemy nieskazitelni, to pierwszy krok do przygnębienia, a nawet depresji" ( Anna Dobrowolska, „Stale doskonale?” Poradnik Psychologiczny Polityki, tom 24, „Rady na kłopoty”, str. 25). 


W związkach osoby „zbyt miłe” często dają się wykorzystywać. Bardzo mocno działa na nie szantaż emocjonalny, wzbudzanie poczucia winy, groźba odrzucenia, krytyka. Nawet jeśli próbują postawić granice, to wystarczy, że druga osoba zarzuci im, że są „niewdzięczni, niekoleżeńscy, nie można na nich polegać”, a osoba miła będzie znów uległa – zamiast zastanowić się najpierw czy takie oskarżenia są zasadne oraz czy w ogóle chce nadal utrzymywać relacje z osobami, które są roszczeniowe i wykorzystują manipulacje, aby osiągnąć własne cele.


Bywa też, że osoba „zbyt miła” poświęca się nawet wtedy, gdy nikt tego od niej nie oczekuje. Sama może nawet proponować, że zrobi coś dla innych, zrezygnuje ze swoich planów i aspiracji, a potem ma pretensje, że inni tego nie doceniają – nie mówiąc już o odwzajemnieniu. Zdarza się nawet, że osoby „zbyt miłe” zgadzają się na seks, choć wcale nie mają na to w tym momencie ochoty, ale nie chcą sprawić przykrości partnerowi…

Po czym poznać, że jesteś „zbyt miły”?

Nie ma oczywiście algorytmu, który dawałby nam precyzyjną odpowiedź, kiedy jesteśmy mili w „zdrowej normie”, a kiedy „zbyt mili”. Jeśli jesteśmy empatyczni, odpowiedzialni i zależy nam na relacjach, to dziesiątki razy będziemy mieć wątpliwości, czy podjęliśmy właściwe zachowanie w danej sytuacji i gdzie kończy się „zdrowy egoizm” a zaczyna skrajny egoizm.
Jednak pomocne może być zadawanie sobie następujących pytań:

  • Czy kiedy robię coś dla innych, to z własnego wyboru czy ze strachu przed karą lub odrzuceniem albo z przymusu?
  • Czy moje relacje z innymi są partnerskie i dajemy sobie nawzajem, czy tylko ja jestem wiecznym „dawcą”, zaś otaczają mnie sami „biorcy”?
  • Czy w mojej pracy/ rodzinie wszyscy kierują swoje prośby i oczekiwania głównie wobec mnie, bo nie umiem odmówić?
  • Jak moi bliscy i współpracownicy reagują, gdy próbuję mówić im o moich potrzebach, emocjach, problemach? Czy oferują pomoc i wsparcie? Czy raczej reagują zniecierpliwieniem, bagatelizują moje problemy, sprawiają, że czuję się winny/a, że w ogóle im o tym powiedziałem/łam?
  • Czy przyznaję sobie takie samo prawo do dbania o własne potrzeby i cele, jakie przyznaję innym?
  • Czy niemal zawsze czuję się winny/a, gdy nie chcę albo nie jestem w stanie komuś pomóc?


Dobrze jest zastanawiać się na tym, jaki był długofalowy, a jaki krótkofalowy skutek „miłego” postępowania. Jeśli otoczenie docenia twój wkład i otwartość oraz odpłaca ci tym samym, to wszystko w porządku. Jednak jeśli twoja życzliwość zachęca do eskalacji oczekiwań oraz roszczeń, lepiej jeśli zmodyfikujesz swoje zachowanie.

Pułapka może polegać też na tym, że gdy ktoś ulega niechcianej prośbie, krótkofalowo odczuwa ulgę, gdyż uniknął trudnej rozmowy, czyjegoś niezadowolenia, wyrzutów lub szantażu emocjonalnego. Jednak w ten sposób zachęcił tylko do kolejnych próśb, więc za chwilę znajdzie się w sytuacji, której tak bardzo chciał uniknąć. Znów będzie musiał zdecydować, czy zgodzi się wbrew sobie, czy odmówi narażając się tym samym na atak.

Jak wyjść z pułapki?

Przede wszystkim warto zastanowić się, jakie uczucia i emocje towarzyszą najczęściej naszym relacjom z innymi. Jeśli bardzo często pojawia się niepewność, niska samoocena, strach przed kolejnymi oczekiwaniami i zawiedzeniem kogoś, wyrzuty sumienia nieadekwatne do sytuacji, obwinianie się, to znaczy, że mamy problem… Trzeba też skonfrontować się z lękiem przed odrzuceniem i krytyką.
Warto zadać sobie dwa pytania:

  • Czego najbardziej się boję w tej sytuacji?
  • Na ile prawdopodobny jest ten najgorszy scenariusz?

Dzięki temu możemy urealnić swoje lęki i zobaczyć, że zwykle w zdrowych relacjach jest mało prawdopodobne, aby każda odmowa czy posiadanie innego zdania kończyło się karą czy wykluczeniem. A jeśli by tak jednak było, to radzę przemyśleć, czy naprawdę chcemy tkwić w takich związkach….

Praca z psychoterapeutą lub coachem pozwala przyjrzeć się swoim problemom, przeanalizować swoje przekonania i cele oraz urealnić oczekiwania wobec siebie samego i wobec innych. Pomaga też przyjrzeć się emocjom i potrzebom, wzmocnić poczucie własnej wartości i posiadania wpływu na swoje życie. Przydane też bywa szkolenie z asertywności i otwartej komunikacji oraz poznanie technik obrony przed psychomanipulacją.


Sięgnij po więcej materiałów!
Poznaj 5 cech lekarza idealnego